zielone warzywka na parze

Wpadłam w zachwyt po zjedzeniu papryki gotowanej na parze. W tej chwili jestem w ekstazie i zachwycie nad smakiem parowanych warzyw. Czy tak w ogóle można powiedzieć? Ups… jeśli nie, to właśnie wymyśliłam nowe określenie dla warzyw gotowanych na parze. Dla mnie będzie zrozumiałe.

Kolejna odsłona moich eksperymentów to zielony talerz. Podkreślę to dla samej siebie – nie lubię gotować i nie będę tego ukrywała ale jedzenie jest jednym z aspektów życia, które chcąc czy nie chcąc muszę robić. No ale między jedzeniem a brakiem chęci przebywania w kuchni jest jeszcze pewien malutki niemalże nieistotny element – przygotowanie tegoż jedzenia. I tu się robi zabawnie.

Przygotowanie. Daję sobie maksymalnie dwadzieścia pięć minut na przygotowanie jedzenia. Więcej czasu doprowadzi mnie do frustracji, a tego jestem pewna. Zaczynamy:

Obieram kilka małych ziemniaków i sru do garnka. Ja gotuję ziemniaki bez soli. Użyłam małego garnka więc sitko do gotowania warzyw na parze jest za duże. Na szczęście mam jeszcze mały druciany koszyczek do smażenia frytek i ten koszyk pasuje wielkościowo do garnka. Wkładam koszyk do garnka i przykrywam pokrywką. W tym samym czasie siekam na drobno kilka liści kapusty pekińskiej i połowę brokułu. Wrzucam wszystko do koszyka i zabieram się za zmywanie naczyń. Jestem na etapie amatora. Tak. Amatora kuchennego. Tak można powiedzieć o początkujących kucharzach, którzy do przygotowania potraw używają wszystkich dostępnych naczyń i brudzą wszystko co jest dostępne choćby tylko po to, by przełożyć warzywa z jednego półmiska do drugiego. Mam nadzieję, że z czasem opanuję sztukę minimalnego brudzenia naczyń. Teraz zmywanie naczyń nawet mi się opłaciło – bo zajęłam się porządkiem w kuchni, a w tym czasie obiad się gotował. Super sprawa – dwa w jednym. Nie miałam poczucia zmarnowanego czasu, bo przecież ktoś sprzątać musi, a akurat sprzątanie nie jest takie złe.

Po ugotowaniu ziemniaków dusiłam je z pieprzem, papryką czerwoną i zielem prowansalskim. Uduszone warzywka przełożyła do miski, dodałam curry, pieprz, sól i łyżkę oleju rzepakowego. Wszystko wylądowało na talerzu. Dla smaku dołożyłam ogórka kiszonego. Uwielbiam kiszone ogórki i kapustę ale o tym może innym razem.

Czy można w jednym zdaniu podsumować ten obiad? Można – proste jest piękne, jest zdrowie i przepyszne. Nie żebym sama zachwycała się swoimi osiągnięciami kulinarnymi ale ja naprawdę uwielbiam proste jedzeniem.

Smacznego !

odkrywam warzywa na parze

Przyznać się czy nie przyznać? Oto jest pytanie 😀

Przyznam się do czegoś, chociaż zdaję sobie sprawę, że to może być ciężkie lub dziwne do zrozumienia. Ale tak – odkryłam warzywa na parze. Nawet nie pomyślałam, jak pyszna może być czerwona papryka gotowana na parze. Jak to w ogóle możliwe, że wcześniej tego nie sprawdziłam. Jak to możliwe, że wcześniej do głowy nie przyszło mi wrzucenie warzyw do wstawki na parze. Dzisiaj sama sobie mogę odpowiedzieć, że nie mam pojęcia, jak to się stało ale wiem też, że to nie był mój ostatni raz.

Przejdźmy do najważniejszego etapu. Do gotowania albo też do jak najkrótszego czasu spędzonego w kuchni. Czego potrzebuję i jak to zrobiłam.

Garnek z wodą. Jeszcze woda nie zdążyła się zagotować, a już wsypałam 3 stołowe łyżki kaszy gryczanej. Garnek przykryłam wkładem do gotowania na parze. Pokroiłam w plastry jedną czerwoną paprykę, średniej wielkości pomidora, pół brokuła i trzy duże liście kapusty pekińskiej. Żadnych przypraw na tym etapie. Koniec roboty. Czas kontrolowałam średnio – czyli w moim przypadku polegało to na tym, że zwróciłam uwagę na początek gotowania kawy, nawet raz ja wymieszałam drewnianą łychą. Po około 15 minutach wyłączyłam gaz. Kaszę przełożyłam do miseczki, wymieszałam z gałką muszkatołową, solą i pieprze czarnym. Po przełożeniu warzyw na talerz zalałam je jedną łyżką leju rzepakowego.

Samo przygotowanie jedzenia to maksymalnie 25 minut. Trochę gorzej ze zmywaniem naczyń. Zmywarki brak więc trzeba sobie radzić na piechotkę ale do tego jest mnóstwo śmiechu. Jestem jeszcze na etapie śmiania się ze swoich przygód kuchennych, bo do każdej czynności wyciągam nowa miseczkę, talerz, nowy sztuciec. To ponoć normalne u świeżaków, że brudzą wszystko co mają pod ręką, zanim nauczą się wielofunkcyjnie wykorzystywać naczynia. Czyli daleka droga przede mną.

Już nie mogę doczekać się następnej porcji papryki gotowanej na parze. To był po prostu bardzo proste i bardzo dobre.

Smacznego !

a może tak gorąca czekolada

Miałam pomysł. Tak. Naprawdę miałam pomysł. Nawet przez głowę przeszła mi taka myśl, by coś dzisiaj ugotować. Weszłam do kuchni. Rozejrzałam się po kątach, ą że kuchnia nie jest duża, więc praktycznie całą objęłam wzrokiem. Przewracałam oczami tam i z powrotem, aż w końcu wzrok mój zatrzymał się na malutkim, czarnym, prawie nie do spostrzeżenia ekspresie ciśnieniowym. To był znak. Na pewno to był znak. Nie gotuję. Robię gorącą czekoladę.

Smacznego !

totalne lenistwo

Zdarza się, rzadko ale się zdarza albo powiedzmy inaczej – chciałabym wierzyć, że to zdarza się naprawdę rzadko. Rety, jeżeli to nie jest prawdą, to powinnam dojść do wniosku, że takie lenistwo dopada mnie częściej, niż rzadziej. Ale wolę myśleć, że takie sytuacje zdarzają się naprawdę rzadko, bo przecież lenistwo nie jest ani pożądaną, ani dobrą cechą. Dodatkowo twierdzę, że szkoda czasu i życia na totalne lenistwo, chociaż przy mojej niechęci do kuchni, może jednak totalne lenistwo kuchenne jest dobrym rozwiązaniem, bo można ten czas spożytkować na coś innego. A spożytkowanie i posiadanie większej ilości czasu może spowodować, że będziemy mieli go więcej na uruchomienie wyobraźni, a ta przecież chcąc czy nie chcąc może nas doprowadzić do fantazji kulinarnych…….To są naprawdę dziwne dywagacje. Można je roztrząsać na wszystkie strony i każdorazowo dojść do innych może nie tyle wniosków, co efektów rozmyśleń. W tej chwili wróćmy jednak do totalnego kulinarnego lenistwa. Co tu zjeść, kiedy nawet minuty w kuchni nie chcesz spędzić, a gdzieś tam czujesz potrzebę jedzenia.

Bułka i ryba z puszki koniecznie w sosie pomidorowym.

Powiem tylko tyle, że szkoda komentować w ogóle taki obiad ale z drugiej strony – totalny leń potrafi się tym najeść.

Smacznego!

zielono na talerzu

Żyjąc przed przez kilka lat w Krakowie polubiłam tamtejsze proste jedzenie, szczególnie to, które można kupić na Kazimierzu i Hali Targowej. Wszystko zależy od dnia, nastroju i apatytu ale nawet po przeprowadzce nad morze tęsknię za kumbirem. To ziemniak doprawiony mieszanką przypraw i ziół, do którego dodano to, w jakim stylu chcesz jadać. Ja w przeważnie brałam wersję grecko, zatem i warzywka i feta. Takie połączenie bardzo lubię, w Krakowie się tym nie przejadłam, a ponieważ nad morzem takich larytasów nie mają, trzeba radzić sobie samej.

Zatem dziś ziemniaczki doprawione gotową mieszkanką przypraw i ziół. To nie ten sam smak, który posiada krakowski kumbir ale na tę chwilę nie będę za nadto wybredna. Do ziemniaczków pomidorki i ogórki kiszone, no i oczywiście zielona surówka, przy której zatrzymam się na chwil kilka.

To czego do sałatki potrzebujemy to dwa ugotowane na twardo jajka, sałatę, ogórek gruntowy, nawet dwie sztuki, łyżkę jogurtu naturalnego i przyprawy, jakie tylko chcemy. Ja użyłam ziół prowansalskich, curry, mielonego pieprzu, bazylii i ciutkę imbitu. Ogórki starte na średniej wielkości oczkach, sałata poszarpana w rękach, jajka pokrojone w kosteczki. Wszystko mieszkamy, na koniec dodajemy łyżkę jogurtu naturalnego i według uznania wsypujemy przyprawy.

Na samym końcu zajmuję się ziemniakami. No może to mało precyzyjnie przekazana informacja. Ziemniaki zostały wstawione do gotowania , jeszcze zanim przystąpiłam do przygotowywania sałatki. Ugotowały się bardzo szybko i praktycznie nie miałam przerwy między przygotowywaniem składowych na obiad. Ze swojej strony dodam, że staram się ograniczać sól do niezbędnego minimum i tak już od kilku lat nie solę wody, w której gotują się ziemniaki. Odstawienie soli może być dla niektórych niezrozumiałe, a same ziemniaki po ugotowaniu bardzo niesmaczne. Nie pamiętam już swojego pierwszego wrażenia, kiedy ugotowałam ziemniaki w nieosolonej wodzie. Bardzo możliwe, że kręciłam nosem z niezadowolenia i, w moim odczuciu, braku smaku. Ale tak naprawdę można się do tego przyzwyczaić i już po jakimś czasie automatycznie wręcz, niemal bezwarunkowo gotować bez dodatku soli. Ja sama robię tak już od kilku ładnych lat i uważam, że dopiero tak ugotowane ziemniaki są naprawdę pyszne. To miał być tylko mały przerywnik w tworzeniu kolejnego dania.

Ziemniaki przełożyłam do miseczki, dodałam łyżkę jogurtu naturalnego i wsypałam gotową przyprawę do ziemniaków. Ilość też jest indywidualną preferencją. Mi gotowe przyprawy do ziemniaków smakują więc dodaję ich więcej niż, powiedzmy, standardowo.

Całość podana, jak na talerzu poniżej. Czy to wygląda apetycznie?

Udekorować talerz możecie dowolnie. Ja miałam pod dostatkiem pomidorków koktajlowych i oczywiście ogórków kiszonych, więc obowiązkowo musiały znaleźć się na talerzu.

Smacznego!

tosty na dobry początek

Zaczynam zatem moją przygodę tak z gotowaniem, jak i z dzieleniem się swoimi doświadczeniami na blogu. To nie będą przepisy z książek kucharskich, to będzie raczej własna interpretacja albo totalnie nowe szaleństwo. Sama wierzę w to, że wszystko będzie smaczne i zjadliwe ale biorąc pod uwagę brak doświadczenia w kuchni, nie dam sobie za to ręki obciąć. Zatem szaleństwo czas zacząć.

Biorąc pod uwagę częste ograniczenia czasowe, czasami dania na szybko są darem z niebios i nie mówię tutaj o daniach gotowych. Pod hasłem na szybko rozumiem coś, co sama mogę zrobić bardzo szybko. Zaczynam zatem od tostów.

Potrzebujemy kilka kromek chleba kukurydzianego, dojrzałe pomidory, ogórki kiszone i żółty ser. Pieczywo kukurydziane uwielbiam. Niedaleko mojego azylu znalazłam piekarnię i co sobota kupuję okrągły, duży bochenek chleba kukurydzianego, jest przepyszny. Ale przyznam uczciwie, że jeszcze nigdy kukurydzianego nie wykorzystałam do zrobienia tostów. Pierwsze doświadczenie za mną. Dla mnie składniki z postaci sera, pomidora i ogórka są na dziś wystarczające.

Samo opiekanie kanapek nie wymaga podawania konkretnych ram czasowych. Toster jest włączony tak długo, jak długo chcemy i jakiego koloru i chrupkości chcemy otrzymać kanapki. Dla mnie im ciemniejsze i bardziej chrupkie, tym lepiej. Uwielbiam, kiedy ser się wylewa z kanapek i kiedy brzegi są bardzo cienkie i twarde, i na takie właśnie dziś miałam ochotę. Przyznam się też, że kolejną bardzo prostą nowością w zwykłych tostach jest dodatek ogórków kiszonych, tego też jeszcze nigdy nie próbowałam.

A oto efekt krótkiej chwili pracy w kuchni. Kanapki wyglądają przepysznie i wiecie co, mi bardzo smakowały. A ten dodatek ogórka kiszonego był świetnym pomysłem, kanapeczki były lekko słonawe ale to w połączeniu z opieczonym chlebem kukurydzianym było wręcz przepyszne. Zatem przy kolejnych tostach ogórek kiszony będzie standardowym dodatkiem.

Smacznego !